Ruch od małego nie był mi obcy – w taniec czy pływanie wkładałam całe swoje serce. Ciało miałam zgrabne, chociaż nie było ono najszczuplejsze. Zawsze borykałam się z krągłymi udami i pupą (choć wszyscy chwalili, że ładnie wyprofilowane, ja wciąż traktowała je jako mój kompleks), brakiem talii i dużym biustem. Moja waga wahała się w jedną i drugą stronę, raz tyłam, raz chudłam, w zależności jaki okres w życiu przeżywałam. Z niedowierzaniem patrzyłam na szczuplutkie koleżanki, które szczypiąc się w niewidoczne boczki, wzdychały do lustra i chciały w sobie coś zmienić. Jak każdy z resztą. W zasadzie zawsze dbałam, by się ruszać, rozbudzając w sobie jeszcze większą pasję do tańca. Poszłam na studia na drugim krańcu Polski, marzenia o psychologii się spełniły. Studiując, zaczęłam chodzić na Zumbę, potem doszedł reggaeton i dancehall, i wciąż mi było mało. Ukończyłam kurs na instruktora Zumba® Fitness, prowadziłam własne zajęcia, zarażałam uśmiechem i pasją innych. Pamiętam, że schudłam wtedy ok. 9kg, a moja mama, widząc mnie taką chudziutką, zaczęła mnie pilnować, bym przypadkiem dalej nie chudła. Wraz z przyjaciółką pierwszy raz udałam się na siłownię i wsiąknęłyśmy na dobre. Zaczęłam eksperymentować z ćwiczeniami w domu, kupiłam hantle, hula hop z wypustkami, pożyczyłam kółko do rozjeżdżania, niedawno nabyłam taśmę do ćwiczeń – krótko mówiąc, zaczęłam kompletować sprzęt do domowego treningu. Przekopałam internet w poszukiwaniu ćwiczeń, wypróbowałam wiele z nich, interesowałam się światowej sławy trenerami czy zwykłymi osobami, które inspirowały swoim trybem życia. Zmieniłam nawyki żywieniowe, do czego zaczęłam gorąco namawiać innych. Na pytanie taty, czy usmażę naleśniki odpowiadałam z uśmiechem: Pewnie, kup tylko mąkę razową ;) Od momentu, gdy tak dużo schudłam, kilka kilogramów mi przybyło, ale przestałam się tak tym przejmować. Widziałam ogromną zmianę w ciele, a najdrobniejszy zarys mięśni zaczął mnie ogromnie cieszyć. Odgrzebałam ostatnio za małe spodnie kupione jeszcze w gimnazjum pod wpływem impulsu („na pewno kiedyś schudnę, to będzie moja motywacja”), o dziwo pasowały, a nawet wydawały się ciut za luźne. Nie powiem, żeby moja przemiana była spektakularna, kiedyś pod ubraniami łatwo było ukryć kilka niepotrzebnych kilogramów, teraz nie muszę nic ukrywać, ale wciąż chudziutka nie jestem. Nie wiem, czy w ogóle jest sens mówić o jakiejś przemianie. I w zasadzie nie z powodu efektów to piszę. Po prostu zdałam sobie sprawę, że taki tryb życia daje naprawdę dużo radości. Już samo pisanie tego sprawia, że się uśmiecham do komputera. Zawsze zarażałam optymizmem, ale teraz chcę to robić na większą skalę. Dzięki koledze, którego poznałam pół roku temu, jeszcze bardziej chciałam żyć aktywnie. Wraz z przyjaciółką jesteśmy dla siebie wzajemną motywacją, nie ma to jak wspólna ciężka praca.
Zamierzam się wciąż motywować i dążyć do osiągnięcia upragnionego celu, bo wiem, że tylko systematyczną pracą i pozytywnym nastawieniem jestem w stanie zdobyć szczyt!
I jeszcze jedno, lubię siebie niezależnie od tego, czy czasami mam drobne wahania wagi, gorszy dzień czy ktoś mi powie coś niemiłego. Uśmiecham się tak często jak tylko się da, wierzę w siebie i kocham to, co robię. Wam też tak radzę – to chyba klucz do sukcesu :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz